Wczoraj było o polskim gotyku, dziś będzie o tym „lepszym” Zachodnim. Mówiąc lepszym mam na myśli bardziej komercyjnym, lepiej wyprodukowanym, profesjonalny, skazanym na sukces, co jak wiadomo nie zawsze idzie w parze z wartością artystyczną. Niestety sprawdza się to na gruncie zachodnim. Delain, holenderski projekt poboczny byłego muzyka Within Temptation. Założył on zespół mając nadzieję, że będzie on konkurencją dla WT, a jednocześnie wypromuje się na jego grzbiecie. To drugie się udało. Debiutancka płyta może nie zaskakuje nowatorskimi pomysłami, czy innym podejściem do muzyki, ale zaskakuje dobrymi melodiami. „Lucidity” było bardzo udanym debiutem. W tym roku światło dzienne ujrzało „April Rain”. Niestety pojawił się tu tak bardzo dobrze znany syndrom drugiej płyty, gdzie sequel nie dorównuje debiutowi, a jest jedynie imitacją, próbą przeskoczenia wcześniej wyznaczonej poprzeczki. O ile debiut charakteryzował sie dobrze dobranymi melodiami i różnorodnością utworów, jako znak rozpoznawczy, druga płyta tutaj zawodzi. Wciąż jest to ten sam symfoniczny power metal, ale jakiś mniej ambitny. Muzyka jest przeraźliwie przystępna, lekka łatwa, szybko wpada w ucho i szybko z niego ucieka. Są oczywiście również zaproszeni, których obecność wcale nie podnosi płyty do rangi dzieła. Nie pastwiąc się więcej powiem, że płyta nie jest zła, można jej spokojnie słuchać, nie przytłacza beznadziejnością. Można powiedzieć, że jest całkiem ok, ale znając wcześniejsze dokonanie, a przy tym znając poziom holenderskiego metalu, bo myślę, że tak regionalnie można to potraktować, jest dość przeciętnie. Już nawet sam klip promujący album jest dość prosty i ubogi. A przecież muzyka jest niesamowicie patetyczna, miejscami aż monumentalna, te wszystkie chóry i klawisze dodają wielu uroków, czasem jest przesyt. Muzyka w sumie dość podobna to polskiego Unsuna, którego przy każdej okazji muszę zjechać. Jak na holenderskie standardy przeciętnie, The Gathering, Within Temptation, After Forever, a nawet ostatnio Epica wyznaczają wysoki poziom symfonicznego grania. Pierwsza płyta Delaina również zasługuje na to by ją tam dopisać, druga niestety nie. Tak, jak nowa Lacuna Coil nadaje się do słuchania, ale bez większego skupiania się.