Schody bez wyjścia

Coś się znów skończyło, kolejny pewien etap. Sam nie wiem o czym chcę pisać. Nie piszę ostatnio, bo brakło mi sił, a poza tym, magisterkę ukończyłem, spłodziłem całe siedemdziesiąt stron. Oparte głównie na powtarzaniu jednego wątku. Praca jest niezaklepana, niedługo oddaję do promotorki i być może wtedy będą jakieś poprawki, jak będę, to wrzesień, jak nie to się bronię i tracę swoją niewinność. Tak, koniec systemu edukacyjnego i początek kariery zawodowej. Chyba nie muszę mówić, że mnie to przeraża? Dwa miesiące było mi lepiej, bo miałem osobę, na której się mogłem wesprzeć. Na szczęście jej już nie mam i mogę liczyć tylko i wyłącznie na siebie, co mnie dobija bardziej. Tak, i teraz będę cały roztegowany znów. Będę narzekał i pluł na wszystko na czym świat stoi, że jestem nieszczęśliwy i ze w życiu jest trudno i że mam pod górkę. No ale od czego mam bloga. Druga sprawa, to ludzie, nie wiem jak ubrać w słowa moją dzisiejszą poranną rozmowę z kumplem. Jest on zakochany – myślałem, że mnie to obejdzie, nieobeszło. Gorzej, mam do tego okropny stosunek. W ogóle ostatnio mam złe podejście do wszystkiego. Sam nie wiem co bym chciał, marudzę i marudzę. Cieszę się, że praca się skończyła to fakt, ale też znów nie wiem co dalej. Trzeba się przygotowywać do obrony, no i szukać pracy. A jeszcze co ze szczęściem? Nie wiem znów co mam robić i znów będę robił nic.Najgorsze wyjście. Niby nie mam ciśnienia na szukanie kogoś nowego, ale to nie znaczy, że bym nie chciał. Chociaż nie wiem czy bym w ogóle chciał, na nic mi to. Eh, i tak się miotam od jednej opcji w drugą i nic nie robię. Już od miesiąca, nic nie robię. OK, początkowo fiksowałem, ale teraz powinienem się uspokoić i znów wziąć do roboty. Cholera, potrzebuję motywacji. Tylko ten wniosek. A widok innych szczęśliwych ludzi, już nie budzi we mnie zazdrości, ani obrzydzenia. Wiem co to za ból szczęście i nie chcę, podczas, gdy jednocześnie chcę. I tak w kółko.

Wpis opublikowaliśmy 28 czerwca 2011

Dimmus

Wczoraj nie było posta, bo mam nową zajawkę, albo raczej miałem. Tak mnie wciągnęło pisanie pracy, że aż musiałem od tego odpocząć. Obejrzałem sobie serial „The Borgias”, polskie tłumaczenie to chyba Rodzina Borgirów. Póki co wyszedł pierwszy sezon i dziewięć odcinków. Serial opowiada historię jednego z papieży – Aleksandra Szóstego, skupia się na jego życiu politycznym i prywatnym. Cóż ciekawego mógł robić papież? Otóż, jego pontyfikat nie była tak nudny, jak obecnego. A przynajmniej tę część, którą my znamy. Serial zaczyna się od konklawe i sposobu w jaki zostaje wybrany, bardzo podstępny. Sprzedawanie włości, grabienie kościołów, przekazywanie złota od jednego kardynała do drugiego, aby zdobyć głos. Interesujący motyw. Drugi jest ciekawszy, papież ma dzieci, w serialu znamy ich tylko czwórkę, być może w przyszłym sezonie pojawi się ich więcej, ma ich być w porywach do dziesięciu. Papież ma żonę (byłą) – byłą kurtyzanę. Jednakże od czasu pontyfikatu ma młodszą nałożnicę. Jeden syn, zaraz po tym jak ojciec staje się papieżem zostaje kardynałem, wzór cnót, utrzymuje kontakty seksualne ze swoją siostrą. Siostra – czternastolatka wychodzi za mąż – ślub polityczny. Najmłodszy brat – 10-letni, również się żeni. Poza skandalami obyczajowymi, śmiesznie to brzmi bękarty papieża”, jest wielka polityka. Włochy w ówczesny czasie są podzielone na kilka małych państwek i każde z nich chce mieć niezależność – Mediolan, Florencja, Neapol. Do tego dochodzą ci więksi – Hiszpania, Portugalia, Francja. Co mnie dziwi o Świętym Cesarstwie Narodu Niemieckiego nie ma ani słowa. Akcja się dzieje równie szybko jak w Prison Breaku. Spodziewałem się również tyle seksu co w Tudorach, na szczęście się zawiodłem, producenci jednak stawiają na fabułę, niż na goliznę. Chociaż, jak wyczytałem w wikipedii, w drugim sezonie jest spodziewana orgia z udziałem papieża, który sypia z własna córką. Masakra. Dziwi mnie, że kiedyś to wszystko było w porządku i papież mógł się obnosić z nałożnicami. Obecnie tego nie ma, a przynajmniej ja nie widziałem. W telewizji jak pokazują Benedykta to zazwyczaj jest sam na tronie.Czas akcji to 1492, czyli celibat obowiązuje już dwieście lat i tak w żywe oczy był łamany wtedy.
Serial był dobry, fajnie się oglądało, nie wiało nudą, postać papieża jest rewelacyjnie zagrania przez Jeremiego Ironsa. Początkowo miał to być czarny charakter, lecz później papież jest przedstawiany również jako człowiek, który ma słabości, on jak i jego kardynałowie, czy inni księża. Chociaż głównym grzechem jest chciwość niż nie-obyczajowość.

Na zdjęciu: od lewej syn papieża-kardynał w objęciach siostry – Lukrecji, Jeremy Irons jako papież, za nim kochanka i na końcu drugi syn – dowódca armii papieskiej.

Wpis opublikowaliśmy 25 czerwca 2011

Upadły w kawałkach

Pewien etap pisanie pracy już zakończony. Zakończone jest dosyć głupie pisanie ze źródeł i przerabianie tego tekstu. Dosyć to głupie jest. Wiem, powtarzam się, ale warto to zaakcentować. W ogóle mój temat jak mi się podobał z początku października, tak teraz myślę, że wdepnąłem w gówno. Ech, ale cóż przeżyje się. W każdym razie teraz jestem już na końcu i potrzebuję niewiele informacji, wszystko już raczej mam, teraz pisze z głowy. Tak z głowy i bezmyślnie jak i te posty ostatnio. I tak zupełnie z głowy napisałem całe dwa akapity, dalej brakło mi informacji i musiałem trochę pomęczyć wujka googla, a ten nie chce zbyt łatwo podać swoich danych. Ale cóż, może znajdę coś w jakimś raporcie. Nieważne w sumie. Co do mojego życia osobistego, na które ostatnio tak nadaję. Sytuacja się niby wyjaśnia, chociaż, i tak pozostaje okropny niesmak. Muszę to jakoś wytrzymać, że jestem sam. Nie, bo to nie jest sytuacja przejściowa, muszę się tego wciąż uczyć. Trochę irytujące, ale do przyzwyczajenia. Dziś znów przez cały dzień sam w domu, i jedyne zadanie jakim jest pisanie pracy. Z nikim nie rozmawiam. To mi się nie podoba, ech ta cała głupia samotność. Jak długo jeszcze to wytrzymam? Są trzy wyjścia. Pierwsze zrobić nic i przyzwyczaić, drugie szukać i trzecie – exit. Ech. Czasem tak na prawdę myślę, że ta trzecia opcja to prawdziwe wybawienie i oszczędność energii. Fuck! Nieważne.
Wracając do muzyki. Bo o tym tylko chcę pisać. Dałem drugą szansę kapelce o nazwie Sellisternium, ale nie warto było. Niby jest to gotycki metal, z elementami doomowymi, czy blackowymi, ale mnie po prostu nie kręci.Natomiast jestem napalony na poznanie płyty „Faith” the Cure. Muszą ją kiedyś posłuchać. A póki co sięgam po London After Midnight, oraz czekam aż mi kumpela da X-mal Deutschland. To w zasadzie tyle co sie wydarzyło u mnie w muzyce ode wczoraj. Poza tym, słucham sobie jednego wielkiego greatest hits, ze wszystkich płyt jakie mam. Jest dużo przeskakiwania, ale póki co to mnie bawi. O nowych Łzach to już zapomniałem. i o zajawce na masakrę urodzinową. i trzydzieści sekund do marsa. Wyrabiam ostatnio świetne normy. Dziś przeszło 100 odsłuchań, wczoraj przeszło 200. To jest dopiero masakra.

Wpis opublikowaliśmy 24 czerwca 2011

Idąc ze słońcem

Kolejny dzień pisania. Dziś napisałem najmniej. Nie wiem czemu, ale chyba najmniejsza motywacja. Nie wiem, co. Dziś cały dzień siedzę sam. Z nikim nie rozmawiam. To w sumie jest straszne. Samotność na którą sam się piszę. Trochę rozdrapuję przeszłość. Myślę nad tym co się dzieje wokół mnie. A dzieje się nie za ciekawie. Oprócz tego, że się tam z kimś rozstałem, to jest dołujące i smutne, choć mnie naładowało pozytywnie, czułem się jakbym wreszcie odetchnął, jak tego smsa przeczytałem. Druga sprawa, to, ż w listopadzie zakończyłem pewien rodzaj przyjaźni, to mnie podówczas dobiło, teraz wraca. Po prostu zrobiła się w moim życiu zbyt wielka dziura, żeby ja czymś zapełnić, albo żeby się z tego samemu wylizać. Temu, niedaleko po tym znalazłem sobie nowego „przyjaciela”. Który niczym innym się nie różnił od tamtego. To znaczy, teraz to widzę, wtedy byłem głupi. Zresztą ja zawsze jestem głupi, fascynuję się ludźmi, którzy są niewarci uwagi. I tak popełniłem swój kolejny błąd. Znowu komuś zaufałem. Komuś, kto znów na to nie zasługiwał. Jaki mi bilans z tego wychodzi? Trzy bliskie mi osoby zniknęły z mojego życia, mam jeszcze problem z tym, bo nie potrafię się normalnie zdołować, jest mi smutno owszem, ale nie potrafię po tym rozpaczać. Wciąż jest we mnie zbyt dużo pozytywnej energii po tym głupim związku. To mnie wkurza najbardziej. Ech i znów wylewam tu swoje żale, i nic mi to ni daje.Ale jest pewna rehabilitacja. W tym listopadowym przypadku, może i powrotu nie będzie, ja będę bardziej ostrożny, ale nie pojawiło się słowo „koniec”. Tyle tylko, że już więcej nie będę aż tak ufał ludziom, bo niewarto. Potem przez to cierpię. Nie warto ufać ludziom, nie warto mieć przyjaciół, a co dopiero jeśli chodzi o miłość. I znów wracam do słów, które pisałem w styczniu, tyle, że teraz z dojrzalszej perspektywy. [dojrzalszej - nie mylić z dojrzałej]. „Zawsze będę sam i to się nigdy nie zmieni”. Uwierzyłem w zmiany wtedy, teraz już rozumiem, że nic z tego, żadnych zmian. Nic się nie liczy. Nic i nikt. Jestem sam i będę.

Wpis opublikowaliśmy 23 czerwca 2011

Zbij światła

Kolejny dzień pisania pracy,kolejny dzień bezsensownego siedzenia w domu. Wciąż wszystko co robię ogranicza się tylko do beznadziejnego walenia w klawiaturę. Tak chyba zostanie przez jakiś czas, Na pewno póki tego wszystkiego nie ukończę. Ale tak bardzo mi się chce, że bloguję. Jest to kolejny post bez pomysłu. Pisany z buta. Nie pamiętam już co było wczoraj, bo to tylko chwila, nagły błysk uchwycony w słowach, którego znaczenie się zatarło do teraz. Tak jak się dziś okazało, że niedawno pisaliśmy ostatni egzamin. Okazało się, że moje niedawno to trzy tygodnie temu. No ale łaziłem z tym, jak kotka w rui. Eh, szkoda gadać nawet o tym. Jutrzejszy dzień myślę, że będzie dla mnie bardziej przyjemny. Moja ukochana wyjeżdża na cały dzień do rodziny.Teraz, przez ostatnie trzy dni siedzi praktycznie ze mną, bo jej się. nudzi. Mnie też się nudzi i to bardzo, stąd te słowa. Nie chcę już narzekać na to, że nie mam się do kogo odezwać, ani z kim wyjść, bo wczoraj na to narzekałem. Ale, myślałem dziś o tym. Jak to się dzieje, że staram się być miły do wszystkich, do każdego podchodzić, raczej bez uprzedzeń, nie wyzywam ludzi, nie gryzę, no chyba, że ktoś mi podpadnie. Wciąż tego nie rozumiem jak to się dzieje, że wciąż pozostaję sam? Odpycham tych ludzi czy jak? Bo nie wydaje mi się, że ja aż tak brzydki jestem. Półtora miesiąca temu było idealnie, dziewczyna i dwóch „przyjaciół”. Dziś jak to Sweet Noise śpiewał „dzisiaj samotność, pustka i łzy, i łzy”. Jakim to cudem się stało? Jakim cudem udało mi się w jednej chwili zrazić do siebie niezależnie trzy bliskie mi osoby, które się nawet nie znały. Kosmos jakiś i tyle.
Wczoraj wieczorem za sugestią nożowniczki słuchałem sobie muzyki z gry – HoMM3, może i trochę się tego nabiło n laście, ale rzeczywiście muzyka jest cudowna. A dziś od rana Łzy. Odkąd ich ostatnio słuchałem w 2008 roku, to nie przypuszczałem, że w końcu wróci mi na nie zajawka. Te teksty, mimo, że sie z niektórymi nawet nie zgadzam, to i tak wydają mi się magiczne, momentami. Jutro pewnie też coś wypierdolę (napiszę).

Wpis opublikowaliśmy 22 czerwca 2011

Uwierz nam…

Kolejny post pisane bez sensu. Ale cóż potrzebuje odpoczynek od tego zmyślnego walenia w klawiaturę, by zrobić coś bezmyślnie i bez sensu. Sam nie wiem co mi się dzieje. Nie chce mi się. Taka niemoc twórcza. Już wiem, że to co mam dokończyć, swoją magisterkę, wiem, że się nie wyrobie do lipca, jeszcze trochę przede mną. Dobijam przedostatni rozdział. A gdzie miejsce na poprawki? Na recenzję? Wszystko tak na wariata. Chciałem, żeby ta praca miała jakąś wartość, może nie dla kogoś, tylko dla mnie, tak znacznie ambitniej do tego podeszłem niż poprzednio. Ale, co tam, temat kijowy. Ale nawet z kijowego tematu można napisać dzieło. Nie chwaląc się z pierwszego i drugiego rozdziału jestem zadowolony, trzeci tworzę póki co tak jak go zamyślałem. Gdyby ta praca miała mieć tylko trzy rozdziały i 60 stron, wyrobiłbym się na jutro, ale że ma mieć blisko 90 – to jestem 39 stron w plecy. A tego się nie tworzy tak szybko jak posta na blogu. Tu mi wystarczy podać temat, kilka minut przemyśleń i samo leci. Cóż to jest napisać trzysta słów z głowy i to w zasadzie bez większego sensu, dla siebie. Gorzej się pisze z sensem, a jeszcze brak mi syntezy. Jako umysł ścisły, myślę analitycznie – rozkładam wszystko na czynniki pierwsze. Swoja drogą ostatnio mi to wszyscy zarzucają jako moja największa wada.Nie potrafię syntezować, łączyć mały rzeczy w spójną całość. Tak jeszcze tylko trochę rozprawiam nad swoim życiem. Wytknięto mi moją ostatnią wadę parę miesięcy temu, iż zawsze muszę mieć ostateczną odpowiedź i nie mogę wisieć w stanie zawieszenia, chyba już o tym pisałem, mam deja vu. Nie wiem, dręczy mnie to, że nie ma w moim życiu nikogo, kto by dla mnie znaczył coś więcej, i nie chodzi mi tutaj o miłość swojego życia, tylko o jakąś formę przyjaźni. Miesiąc temu czuję, że jakby wszystko wzięło w łeb. Zakończył się nie tylko związek, ale i te dwie przyjaźnie. Cholera, przez chwilę w moim życiu było idealnie. A teraz jest jeszcze gorzej niż było przed tym. Żeby było śmiesznie, to mnie tylko smuci, a nie dobija, jakby to było kiedyś. Przyjaźń, jaką zawarłem jakieś pół roku temu, rozchodzi się i jest to ciężkie. Przez cały czas sądziłem, że co jak co, ale z tego coś będzie. Znów się przejechałem na swoich wyobrażeniach. Znów ten sam błąd. Bezsens. Nikomu na mnie nie zależy i mnie na nikim nie zależy. Jak to zmienić? Wrócę do tego, że w kółko każdy mi mówił, żebym się otworzył na ludzi. Tu właśnie powstaje pytanie. Jakich ludzi? W moim życiu nie ma żadnych. Nie jestem ani bogaty, ani piękny, żeby mieć dużo przyjaciół. Ech, bez sensu to wszystko. Bez sensu. Nawet upić się mogę tylko w samotności. My lovely emptiness, you are my fucking bride, you took my purity….

Wpis opublikowaliśmy 21 czerwca 2011

Hurts of my mind in confusion

My lovely emptiness
You are my fucking bride
You took my purity.
You will thrill me
and doom my soul

I would like to say thank you
I don’t be honest
I’ll be waiting for your decay
I deny your hope
I destroy all your faith

We won’t see in after live
’cause that life is the only
I’m going to wait an end
I’m gonna burn in safety armor

You killed my hopes
You killed my heroes
I don’t intend a new
My heroes will never return

I don’t ’bout your sick dreams
I’ll lost, but
that get me better
better than before

My sick salvation
doesn’t exist
My damnation
Empty forces
empty cruel
empty rocks

Z dedykacją dla M
Dying Angel with snatched Wings
Wpis opublikowaliśmy 21 czerwca 2011

Nie powinnam robić

Nie mam pomysłu na posta, ale mam ciśnienie, żeby coś napisać. Z góry przepraszam za pisanie o niczym. Postaram się nie odnosić do tego co było wczoraj. Tęskno mi za jedną osobą, z którą rozmawiam codziennie i nagle coś się zepsuło, nie wiem co i mi smutno. W swojej cudownej szkole zakończyłem zakończyłem ostatnie egzaminy, co mnie oczywiście cieszy, chociaż jest mi smutno z tego powodu, że to już koniec. Koniec edukacji, jeszcze tylko obrona. Obrona do której w ogóle nie mam chęci, sił się przygotowywać. Poza tym, mój były najlepszy przyjaciel ma swoje problemy o których może i nie będę pisał, ale i to mnie dotyka. A tak w ogóle czuję się silny, jak to wczoraj pisałem, silniejszy niż byłem kiedyś, i nie znam ku temu żadnego powodu. Staję się cięty na depresyjną muzykę. Oczywiście szaleję za Katatonią i gdy jej słucham z podobnymi emocjami, które potrafią wywoływać łzy, zwłaszcza po tym jak przetłumaczyłem sobie tekst do „Tonight’s Music”. Eh, piękno, rozpacz w jednym. Co do łez, poznaję ich najnowszą płytę. Jestem niezachwycony, nowa wokalistka uczyniła z Łez zespół, który ląduję między Dodą i Ewą Farną i to nie jest komentarz pozytywny. Jak posłuchałem sobie chociażby „Jestem jaki jestem” to na myśl mi przychodzi albo nieistniejące o.n.a., albo Edyta Bartosiewicz. Nowa płyta Łez słaba, tekstowo i muzycznie. Kiedyś Łzy były bardziej pompastyczne, rockowe, mocniejsze. Również teksty, mimo, że w kółko o tej nudnej miłości, to jednak coś się w nich działo. Obecnie żadnych zaskoków. Jedynym plusem nowej płyty jest mocniejsze „Czekam tyle dni, czekam”. Najabsze to „Bo każdej nocy” i „Moje szczęście, z tobą” – teksty tych utworów przypominają mi dokonania disco polowców, a i brzmieniowo jest niebezpiecznie blisko. Poprzednie płyty trzymało jakiś specyficzny klimat pop-rockowy, najnowsza jest tylko zbiorem kompozycji. Jeszcze w jakiś tam sposób urzeka „Zatańcz ze mną, proszę”, ale i tak to nie jest to. Wokal tej nowej pani jak mówiłem przynosi na myśl Dodę i Ewę Farną. Tej drugiej póki co nie krytykuję. Co do pierwszej, zanurzyłem się w tą nową płytę. Produkcja jest niby ciekawa, ale mam mieszane uczucia, nic tam nowego nie ma, nie ma tam też przebojów. Muzycznie jest słabo i przeciętnie, a szkoda, bo „Diamond Bitch” się bardzo dobrze broniło. Z nowości sięgnąłem też po Varius Manx, znając ich przeszłość spodziewałem się „smutnego pitolenia na 14-latek”, zaskoczyło mnie, że ta płyta jest dobra, inna mimo, że smutna (smętna?), to jednak jakąś tam wartość ma, przynajmniej mi się podoba. Kawałek, który zwrócił moją uwagę to „Tam gdzie nie ma nas”, zdecydowanie najlepszy. Myślałem również o innych polskich nowościach, o tym co wyszło nie dawno, ale nic mi do głowy nie przyszło. Może tam NeraNature, ale to zupełnie inna kategoria. Obecnie męczę Łzy, In Flames, Moonlight i czekam na Riverside. Co do Łez – „Zdjęcia z wakacji” – mój obecny przebój. Rozpływam się przy tym tekście. Prawie tak samo jak „Anastazja, jestem”. Kolejny hit jaki odkryłem to „Jestem dilerem”. Oczywiście nie mogłem nie przesłuchać też Brodki, ale to już pisałem, że ta płyta jest świetna. Kończę i biorę się do pisania. Ech, jak fajnie by się pisało pracę tak jak tego posta, tak po prostu z głowy, z natłoku myśli, których chcę się pozbyć. A tu niestety muszę czytać i przetwarzać, a to męczy.

Wpis opublikowaliśmy 20 czerwca 2011

19VI11

Zbyt wcześnie na odtrąbienie sukcesu
Ale wychodzę z czegoś.
To było dobre, przez chwilę.
Potem się zepsuło
Chcę pamiętać,
ale i zamknąć ten rozdział
pozostawić to przeszłości i nie rozdrapywać.
Dziś mimo kilku prowokacji
rozdrapać się nie udało
Staję się obojętny,
szkoda, że już nie jestem
minął spory kawałek czasu.
Teoretycznie powinienem wyć z bólu
i jęczeć.
A mam to gdzieś
jedyne na co mam ochotę to wyrównać rachunki
nie lubię jak suma bilansowa się nie zgadza.
Pewnie dlatego przez jeszcze jakiś czas nie będę umiał tego zamknąć
choć się staram.
Pora no nową lokatę szczęścia
jak to dziś usłyszałem, że najwyższy czas zacząć
Usłyszałem również co innego, z czym się nie zgadzam
„W życiu najważniejsze jest zdrowie i związek”.
Nie
Zdrowie tak jest ważne
W sumie otarłem się niedawno o nieuleczalną chorobę
nie powiem, że to na mnie nie wpłynęło, bo wpłynęło znacznie
Z tym się zgodzę
Ale druga najważniejsza w życiu rzecz – muzyka
Przyznam rację nożowniczce bardziej niż potworkowi.
„Ludzie są niewarci tyle co muzyka”
Przekonałem się na własnej skórze
uwierzyłem, że może jest człowiek warty mojego zachodu
skończyłem mocnym uderzeniem w dupę
Nigdy więcej miłości, żadnej!
Ironio prowadź
Nadzieję pogrzebałem dawno temu
Wiarę straciłem niedawno
a miłości nie będzie

Wpis opublikowaliśmy 19 czerwca 2011

A w sercu polny mak

W ostatnią niedzielę byłem na wydarzeniu tej wiosny – koncercie Closterkellera. To już mój drugi koncert ich, oraz to już mój drugi koncert na którym byłem sam. Początkowo umawiałem się z czterema osobami, z czego znając moje szczęście do ludzi ostała mi się jedna, która i w ostatniej chwili się wycofała. Dlatego może nie byłem zbyt ruchawy, przecież nie będę sam piwa pił, mimo, że w tłumie to tak nie bardzo. Dobra, abstrahując od moich problemów emocjonalnych, to sam koncert.
Na początek ciekawostka, pośród publiki zauważyłem Pawła Ostrovky’ego – tego z mam talent. Supportem była krakowska kapela Unlumination, ładnie się darli i tłukli, taki symfoniczny metal, podchodzący pod wczesną Epicę, czy Tristanię. Bardzo smaczny, choć ubolewam, że nie upolowałem ich płytki. Ani dla siebie, ani dla kumpeli.
Tak przed dziesiątą na scenę wszedł cały Closterkeller, miałem to szczęście, że stałem blisko wejścia i każdy z nich mnie musiał potrącić. Z resztą nie ważne. Closter przewietrzył swoją całą dyskografię, zaczynając od Violetu. Nie pamiętam już dokładnie co było po czym. Z Violetu było „W moim kraju” i „Dwa oblicza Ewy” – ten drugi został poprzedzony krótką historyjką, szkoda tylko, że ją już słyszałem. Ze Scarletu było „Tak sie boję bólu” i „Śniło”. Pierwszy został jakoś chyba przearanżowany, bo go w ogóle nie poznałem, dopiero po tekście w refrenie zajarzyłem co to za kawałek. W drugim Anka się rypnęła w tekście, zaśpiewała dwa razy zwrotkę, ale gdyby tego nie powiedziała, to chyba by nikt nie zauważył. Z Cyanu „Cisza w moim domu” – ostatnio w radio Anka się sama podniecała swoją kompozycją i na prawdę ma czym. Druga była „Klepsydra”, którą co dziwne rozpoznałem od razu, kilka dni wcześniej miałem jej tekst w opisie. Z Grafitu było dosyć tradycyjnie „Ate” i „Na krawędzi”, przy tym drugim publika szalała. Nero w zasadzie otwierało koncert, zaczęło się od kawałka tytułowego, który zgrabnie przeszedł w „Miraż”. Oraz najbardziej eksploatowana płyta na koncercie i w sumie najświeższa – Aurum. Był „Ogród półcieni”, przed którym Anka zachwalała Boga Gitary jakim jest Mariusz Kumala i w ogóle przy tym kawałku Anka się schowała, a ten wyszedł do przodu – publika szalała. W trakcie koncertu były tak gdzieś „Dwie połowy” – ulubiony utwór Anji z ostatniej płyty. Na sam koniec były dwie petardy „Nocarz” i „Matka”. Tu w zasadzie koncert się skończył. Anja opowiadała o sukience Violetty Villas, o tym, że im perkusista odchodzi i w ogóle, Anja to rewelacyjna konferansjerka koncertowa. Potem zeszli ze sceny, ale publika domagała się jeszcze. I tu była niespodzianka. Dziesięciominutowy fragment utworu Type O Negaive, poprzedzony przmówieniem o rocznicy smierci wielkiego Polaka, jakim był Peter Steele. Kawałek, który zagrali to „Chistian Woman”. Na koniec Anja powidziała, że tylko fragment, gdyż słowa „Jesus Christ looks like me” nie przejdą jej przez gardło. W okolicy północy cała impreza się skończyła.
Eh, fajnie było, no i jeszcze ten cover, taka niespodzianka. Fajnie. I to jeszcze takim klimatycznym miejscu w piwnicy, dużo lepiej niż na jesieni. Chociaż koncert na jesieni to był bardziej performance, Anja się przebierała, było mnóstwo pomysłów. Teraz to był zwykły koncert, dla tych zatwardziałych fanów, ponieważ nawet tracklista nie była najeżona przebojami. Nie było „Władzy”, „Agnieszki” i „Czasu komety” i bardzo dobrze.Za to była „Klepsydra” i „Cisza w jej domu”, z takich mało granych ja bym chciał „Alicję”, „Lady Makbet” albo „Jak o kamień deszcz”. Ale muzycznie zostałem dopieszczony, było fajnie, szkoda jedynie, że to drugi koncert na którym musiałem być sam. No, ale tak to jest jak się nie ma przyjaciół.

Wpis opublikowaliśmy 14 czerwca 2011

Dying Angel with Snatched Wings

Zobacz koniecznie!